Wróciliśmy z Impact Festival w Łodzi

Tak, dziś o godzinie 11.40 dotarliśmy do Warszawy. Droga dość nużąca, jak to na autostradzie. Jedyną atrakcją były jastrzębie kołujące nad przejściami dla zwierząt mniejszych i większych. Ale zanim wróciliśmy, we wtorkowy wieczór, razem z M. zahaczyliśmy o Atlas Arenę, gdzie odbywał Impact Festival. Widzieliśmy w sumie 3 koncerty: Gojira, Slipknot i Godsmack, ale pierwotnie to ten ostatni zachęcił do kupna biletów. I tu mam takie tyci pretensje do organizatorów: albo nie zamówili w odpowiednim czasie dobrej pogody, albo nie przewidzieli, że ja chcę Godsmacka obejrzeć w bardziej komfortowych warunkach – pod zadaszeniem, bez wiatru i deszczu. Sorry, ale etap oglądania koncertów w przemoczonych ciuchach mam już za sobą. Nie te latka <mrugnięcie okiem>. Jednak mimo niestosownej do pory roku pogody, pobujałam się na wyczekanym Godsmacku. Bo to dobre zakończenie festiwalu było. Zabrzmiały największe przeboje i kilka nówek. Były solówki i pogadanki z tłumem, czyli to co na dobrym koncercie być powinno. Godsmack nie zawiódł, choć pozostawił tez pewien niedosyt.

 

Skoro od końca zaczęłam, to przejdźmy teraz do drugiego od końca Slipknota, gwiazdy wieczoru. Pierwsze co nasuwa mi się na język, to wielkie WOW! Niesamowite, niesłychanie energetyczne show. Przyznam, że się nie spodziewałam. Piętrowa konstrukcja, ognie, świąteczne lampki, podnośniki z perkusją i wielka, brzydka głowa pajaca robiły wrażenie. A na dokładkę oślepiające światła. Najważniejsza była jednak energia z jaką muzycy wyszli na scenę. Skakać, latać, nawalać w perkę z taką mocą przez półtorej godziny, to trzeba mieć końskie zdrowie, a i kondycję nie lada. No i co drugie słowo mówić fuc**ing, dosłownie co drugie…

slipknot2 slipknot1zdjęcia wykonane przez M. superwypasionym telefonem, który sama wybierałam ;-)

 

Ostatni, a byli pierwszymi: Gojira. Szczerze mówiąc, trochę nie moja bajka. Zbyt mocne uderzenie, choć na rozgrzewkę przed spektaklem Slipknota może być. I znowu w oczy rzucało się końskie zdrowie panów artystów. Walili po instrumentach, aż klepki w podłodze podskakiwały.

Generalnie wrażenia na dużym plusie. Słyszałam pochlebne opinie o zapleczu żywieniowym, niestety to, na co trafiliśmy z M., raczej nie było brane pod uwagę w tych opiniach. Kebab w rożku (?) i przesuszone frytki… trochę bałam się o nasze żołądki. Po raz kolejny potwierdza się reguła, że trzeba jeść tam, gdzie są kolejki [czyt. dużo ludzi]. Dla dobra własnego i przewodu pokarmowego lepiej nie iść na oszczędność czasu.

A bo, ponieważ nie byłam nigdy na takim festiwalu (o ile dobrze pamiętam, to zdarzyło mi się niegdyś odwiedzić Hunterfest w Szczytnie), zdziwiło mnie lightowe podejście organizatorów do uczestników festiwalu. Ani razu nikt nie sprawdzał czy nie wnoszę żadnych niebezpiecznych przedmiotów, albo własnego prowiantu (gdybym wiedziała, zabrałabym kanapkę). Nikt nie sprawdzał osób z plecakami. Organizatorzy wykazali się dużym zaufaniem do przybyłych fanów, bo chyba nie niewiedzą po latach doświadczeń w organizacji największych koncertów.

Słuch już na szczęście wraca do normy, ale boli, że już jutro czeka mnie powrót do pracy. A do urlopu jeszcze kapkę trzeba poczekać. Teraz pozostaje tylko wspominać i wyczekiwać kolejnego dobrego koncertu.

 

Reklamy

6 thoughts on “Wróciliśmy z Impact Festival w Łodzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s